Moje Camino nie zaczęło się od jednego wyjścia na szlak, ale od wielu powrotów po siebie, do ciszy, do prawdy. Przez ostatnie lata przeszłam różne drogi Camino, zarówno te prowadzące do Santiago, jak i krótsze etapy w Polsce. Łącznie ponad 5000 kilometrów drogi, które uczyły mnie uważności, prostoty i zaufania krok po kroku. Camino jest dla mnie przestrzenią głębokiego zatrzymania.

To właśnie w drodze odzyskałam wiarę, pojednałam się ze sobą i doświadczyłam pojednania z Bogiem w sposób cichy, nienarzucający się, a przez to bardzo prawdziwy. To było jedno z najcenniejszych doświadczeń mojego życia. Camino nie zawsze przynosiło odpowiedzi. Częściej uczyło słuchania. Nie prowadziło do celu rozumianego jako meta, ale do coraz głębszego spotkania z sobą, z ludźmi i z Bogiem obecnym w drodze.

Z tej drogi naturalnie wyłoniło się „Camino Serca”. Nie jako podsumowanie, ale jako owoc, zapis tego, co przyszło przez mnie w drodze. Pisałam ją na szlaku, w relacjach, pomiędzy krokami. Oddałam tę książkę światu, pozwalając jej żyć własnym życiem i iść dalej tam, gdzie ja już nie muszę.

Dziś wiem, że Camino nie kończy się wraz z ostatnim kilometrem Zostaje w sposobie bycia, w relacjach, w wyborach podejmowanych z większą łagodnością i prawdą. Najważniejsza droga zawsze prowadzi przez serce
Buen Camino

Marzena

Świadectwo drogi

Mam na imię Piotr. Jestem z Goleniowa które leży na szlaku pomorskiej drogi św. Jakuba niedaleko Szczecina. Codziennie jadąc do pracy rowerem jeździłem kilka minut Pomorskim Szlakiem Św. Jakuba. Zacząłem oglądać filmy z relacją z dróg hiszpańskich ale moją pierwszą samotną pielgrzymką była droga do Lichenia. Dwa lata temu w połowie drogi zrezygnowałem bo nie byłem do końca przygotowany duchowo do tej drogi i za bardzo wyczynowo do niej podchodziłem. Rok temu już doszedłem do Lichenia i tam zakiełkował mi pomysł w głowie żeby pójść wytyczonym szlakiem pielgrzymkowym bo do Lichenia szedłem wytyczoną trasą przez siebie. Padło na pomorski szlak bo jak wspomniałem mieszkam w jednej z miejscowości która jest na jego trasie.

Żeby nie iść do Niemiec tylko poznać mój piękny kraj a nie iść w przeciwnym kierunku do Santiago pojechałem pociągiem pod granicę wschodnią i tam zacząłem w Braniewie. Plan był taki żeby w dwa tygodnie iść wg muszelek lub śladu GPS kiedy z muszlami będzie problem a tak bywało choć większość drogi była dobrze oznakowana. Chciałem żeby ta droga była takim wyjściem na pustynię żeby na ten czas wyjść ze strefy komfortu i nie szukać wygody ani nie dogadzać sobie w drodze dlatego założenia były trochę dla niektórych wydawać by się mogło surowe.

Spanie w namiocie na dziko chyba że ktoś mnie zaprosi(ja nie pytałem nikogo o nocleg ani nie nocowałem w płatnych motelach itp.) Jedzenie tylko suchy prowiant kupowany w markecie (nie wziąłem specjalnie kuchenki i nie jadłem hot dogów na Orlenie czy w Żabce ani kebabów pizzy przez całą drogę). Dodatkowo żeby było jeszcze bardziej ascetycznie nie jadłem w drodze mięsa z założeniem że nie odmówię jeśli ktoś mnie zaprosi na mięsny posiłek. Takie założenia miały na celu też żeby docenić to czego się nie docenia na co dzień czyli łóżko prysznic ciepły obiad ubikacja 🙂

W drodze miałem dwa noclegi pod dachem. Jeden w Gdańsku kiedy muszlę na plecaku zauważył pewien dobry człowiek i zaprosił mnie do siebie na noc bo sam też mieszka przy szlaku. Nigdy nie zapomnę tego dnia i tego pobożnego małżeństwa u którego spałem. Drugi nocleg był u księdza na plebanii w Gardnie. Wielkiej gdzie niczym Abraham obok którego namiotu przechodzili wędrowcy ugościł mnie po królewsku.

Cała droga była pięknym przeżyciem duchowym zupełnie innym niż to jakie miałem idąc do Lichenia. Trasa jest tak ułożona że co kilka km jest wieś albo miasto gdzie są kościoły które można nawiedzić i wszędzie na trasie każdy kapłan życzliwie podchodzi do pielgrzyma i bez problemów pieczątki do paszportu wbija. W drodze miałem poczucie obecności Bożej szczególnie kiedy miałem kryzys i już nie miałem siły iść i pojawiały się wątpliwości po co ja to robię. Wtedy zawsze pojawiał się kościół zawsze otwarty i pusty jakby otwarty tylko dla mnie. Stamtąd po krótkiej modlitwie wychodziłem w pełni sił do dalszej drogi.

Największego Znaku Bożej opieki doświadczyłem kiedy miałem największy kryzys fizyczny psychiczny i duchowy na raz i kiedy prosiłem ludzi o modlitwę w tym dwóch Kapłanów do których miałem kontakt i następnego dnia wstałem z zupełnie nowymi siłami bez bólu kolana który wieczorem mnie zatrzymał całkiem. Dużo miałem sytuacji gdzie ktoś by mógł powiedzieć przypadek ale my chrześcijanie nie wierzymy w przypadki tylko w znaki a takich było sporo. Nie będę się rozpisywał co konkretnie się działo przez całą wędrówkę bo opis ze zdjęciami jest na moim Instagramie pod loginem „pielgrzympiotr”. Jak ktoś ma ochotę to zapraszam
Polecam wędrowanie polskim szlakiem Pomorską drogą Św. Jakuba (moja trasa od Braniewa do Darłowa) 470km wg mapy samotnej pielgrzymki pełne niesamowitych przeżyć duchowych.

Pozdrawiam i Buen Camino

Pielgrzym Piotr

Moje camino, moja droga…

Kiedy dostałem od znajomej „Pielgrzyma” Cohello wiedziałem że kiedyś muszę być na drodze i odwiedzić mojego imiennika i miejsce w którym spoczął.

Muszę wspomnieć że jestem uzależniony i jeszcze 11 lat temu walczyłem z moim nałogiem. Ale wiedziałem że ta książka nie przyszła do nie na darmo. 11 lat temu wyruszyłem na pierwsze moje camino francuskie.
Niestety po niecałych 200km ten „zły” skusił mnie i wróciłem do domu. Myślałem że niestety jeśli nie przeszedłem całej drogi to Bóg nie da mi szansy aby wytrzeźwieć. Wiele rzeczy po powrocie zaczęło mi się sypać poprostu. Rzuciła mnie dziewczyna, wyrzucili mnie z pracy, zostałem bezdomny…

Powrót do Polski i cud, terapia na której byłem 7 miesięcy zadziałała i w tym roku mam rocznicę 10 lat trzeźwości które jak myślę zaczęły się właśnie na francuskiej drodze św Jakuba.

W maju tego roku postanowiłem uczcić tę 10 lat i przeszedłem samotnie Camino Invierno oraz Fisterra i Muxia. Dla mnie jest to odrodzenie i dzięki tej drodze jestem kim jestem.

Na Camino Invierno wychodziłem podziękować swojemu imiennikowi oraz Bogu za nowe życie. Dostałem odpowiedź co dalej z moim życiem i mogę zawierzyć że jestem na dobrej drodze.
Buen Camino 👋🙏🥾

Jakub

Marzyłam długi czas o moim pierwszym wyjściu na szlak, chciałam w Hiszpanii ale dla mnie za drogo, zbyt tłocznie, zbyt głośno więc postanowiłam iść Camino Polaco, Zawsze jakieś trudności wychodziły nie pozwalające wystartować. Kiedy większość na Świętego Jakuba kończy swój szlak ja postanowiłam z Nimi zacząć Jakuba, Krzysztofa, więc mówię no to idziemy chłopaki, proszę mnie prowadzić jak dziecko za ręce od domu do domu i pomagać.

I dokładnie tak było można by książkę napisać jak od samego początku byłam prowadzona. Zarazem to były moje rekolekcje Ignacjańskie w drodze, gdzie można wszystko zobaczyć jak na dłoni. Boże prowadzenie, uważność, zobaczenie Go we wszystkich rzeczach szczególnie przepięknej przyrodzie w lasach, łąkach, puszczy, jeziorach, rzekach, zwierzętach, ptakach, pogodzie we wszystkim i w Sercu. Czułam się jak w raju na spacerze z Bogiem, wszystko inne nie miało znaczenia, byłam codziennie wyczerpana i przeszczęśliwa, obolała i uśmiechnięta , czym więcej mnie to kosztowało tym bardziej byłam w zachwycie.

Ta nasza Polska przyroda onieśmielała mnie swoim pięknem i ciszą ,szczególnie tam od granicy z Litwą do Świętej Lipki. Anioły pomagały z wyprzedzeniem moich myśli, czekam z tęsknota na kolejna możliwość wyjścia na drugi etap. Każdy ofiarowany dzień, myśl, wysiłek, trud, ofiarując Bogu otrzymałam stokroć więcej niż mogłabym sobie marzyć.

Bóg zapłać Jezu i Wam Chłopaki Jakubie i Krzysztofie.
góralka.

Joanna

Moje pielgrzymowanie rozpoczęło się po V klasie szkoły podstawowej – po raz pierwszy poszłam wtedy z parafialną pielgrzymką na Jasną Górę ( w ulewnym deszczu, w trampkach 😉), ok 40 km, co skończyło się odparzeniem stóp i powrotem następnego dnia autobusem z mamą do domu. Jednak „bakcyl pielgrzymowania” został „połknięty” i już dwa tygodnie później maszerowałam do Piekar na doroczną pielgrzymkę kobiet… I tak zostało aż do matury – w lipcu Jasna Góra (w obie strony ok. 85 km), w sierpniu Piekary. Kiedy wstępowałam do Zgromadzenia, jednym z większych wyrzeczeń była myśl, że to koniec pieszych pielgrzymek … Jednak Chrystus nie tylko niczego nam nie zabiera, ale to co Mu oddajemy jeszcze pomnaża: „Każdy, kto dla Mego imienia opuści (…), stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy…” I rzeczywiście – w drugim roku po I ślubach zakonnych zostałam poproszona o pójście z pielgrzymką z jednej z parafii na Jasną Górę – tym razem 4 dni marszu i ponad 100 km – i tak przez kilkanaście lat; były takie wakacje, kiedy pielgrzymowałam na Jasną Górę trzykrotnie, z różnymi grupami, razem ponad 500 km. Kiedyś będąc na Górze św. Anny odkryłam muszelki szlaku Jakubowego i co jakiś czas napotykałam informacje na temat takiej formy pielgrzymowania… Rok przed pandemią jedna z moich współsióstr również zainteresowała się drogami Jakubowymi – jej znajomi byli na Camino portugalskim… Postanowiłyśmy spróbować najpierw w Polsce i ruszyłyśmy na początek na Drogę Jasnogórską… W Sączowie miałyśmy szczęście uczcić relikwie św. Jakuba, a moja współsiostra na pytanie, dokąd idziemy odpowiedziała: ” Do Santiago!” Św. Jakub wziął nas za słowo…😁

W czasie pandemii trafiłam na inicjatywę „wirtualnego Camino” w intencjach pielgrzymowania Jakubowego i możliwości powrotu na szlaki; przeczytałam o człowieku, który w szpitalu w ramach rehabilitacji „pielgrzymował” 100 km po szpitalnych korytarzach – spróbowałam najpierw 100 km, potem wirtualne Camino Portugalskie i wreszcie Camino Frances… i podzieliłam się tą myślą z moją 80-letnią wówczas Mamą, u której zaczynały się problemy z samodzielnym poruszaniem się… Kazała sobie zmierzyć długość dystansu wokół domu ( wyszło 50 m) i odtąd codziennie „pielgrzymowała”, stopniowo zwiększając ilość okrążeń… Po jakimś czasie doszła do takiej formy, że była w stanie w ciągu dnia przejść dystans 6 km podzielony na mniejsze odcinki – do kościoła, na cmentarz, do sklepu… Prosiła też o wydrukowanie jej mapy Via Regia od Medyki do Santiago i każdorazowo zapisywała kilometraż, sprawdzając na mapie, dokąd „doszła” i czytając w internecie opisy dróg i znajdujących się na trasie miejscowości… „Przeszła” w ten sposób Via Regia w Polsce – 900 km od 1.09.2021-27.06.2022 to jest w 10 miesięcy… a potem ” wędrowała” dalej na zachód przez Niemcy Drogą Ekumeniczną do Vacha a potem przez Fuldę do Metz… Kiedy musiała się poddać operacji co uniemożliwiło jej dalsze „wirtualne pielgrzymowanie” miała już na swojej mapie zaznaczoną trasę przez całe Niemcy, powiedziała: ” miałam nadzieję, że jeszcze przejdę przez Francję…”
W dniu, kiedy otrzymałam certyfikat i medal wirtualnego Camino Frances, św. Jakub zaczął „działać”: natrafiłam w internecie na informację o Camino z Sarria do Santiago organizowanym przez pielgrzymów wrocławskich i opolskich z okazji Roku Świętego Jakubowego…

Zadzwoniłam do mojej caminowej towarzyszki z pytaniem, co ona na to? Po krótkim namyśle zapadła decyzja: próbujemy! I chociaż wydawało się, że to nie może się udać – pandemia, raz po raz pojawiające się różnego rodzaju trudności i przeszkody – w Roku Świętym Compostelańskim, w sierpniu, po przebyciu pieszo trasy z Sarria uklękłyśmy i grobu św. Jakuba… Potem, już autokarem dotarłyśmy także ” na koniec świata” do Fisterra…
Po powrocie do domu postanowiłyśmy, że przejdziemy Via Regia w Polsce, od Medyki do Zgorzelca, z konieczności dzieląc ją na 100 kilometrowe odcinki, tak, jak na to pozwalają nasze obowiązki wykorzystując czas urlopu…

Każdorazowo jest to czas doświadczania Bożej opieki i nieustannych cudów…
Wchodząc do kościoła w Skorogoszczy na zakończenie etapu z Toszka przeczytałyśmy na ścianie prezbiterium: ” Nie wyście mnie wybrali, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli…”
Za nami już trasa od Pilzna do Skorogoszczy, pozostałe odcinki czekają (powodzie i wojna na Ukrainie wymusiły konieczność wyboru tras nie zawsze w geograficznej kontynuacji) ale Droga czeka a my zaczynamy przygotowania do kolejnego Camino…

Ultreia!

SM. Grażyna AM

Witam wszystkich, których zainspiruje moja krótka trasa rowerem z Kraków Łagiewniki do Kościoła św. Jakuba w Raciborzu. Przede wszystkim chcę podziękować za wytyczenie pięknej trasy, aczkolwiek nie koniecznie łatwej, ale za to piękne widoki naszej ukochanej ojczyzny pomogły mi zapomnieć o trudach w upalne lato w lipcu, jakie było gdy podróżowałem. Trasę przejechałem bez przygotowania treningowego, więc potrzebowałem kilka noclegów po drodze i tak też się stało. Pierwszy nocleg na Grodzisku za Skałą w Ojcowie u księdza Stanisława Langier, sam Pan Bóg mi tam miejsce wyznaczył i posłał w chwili, gdy było już bardzo późno wieczorem, słońce już zachodziło powoli i nie miałem już sił dalej podróżować, a noclegu wokół nigdzie nie było. Zatrzymałem się więc w pobliskiej przystani, gdzie sprzedawana była kiełbasa i grochówka, tam dowiedziałem się od właściciela, że parafia Grodzisko znajduje się na dość wysokim wzniesieniu, na które się trzeba wspiąć, ja jeszcze z rowerem na plecach. Gdy tam się udałem księdza nie było za to spotkałem dwie miłe kobiety, które pomogły mi z kontaktować się później z Księdzem, który akurat był już po Mszy św. w innym kościele i zabrał mnie do siebie na nocleg, za co jestem księdzu do dziś wdzięczny.

Poza tym parę uwag odnośnie samej trasy. Chciałbym tu nadmienić, że już na wyjedzie z Krakowa do Gebułtowa trasa mogła by być lepiej trochę oznaczona i trasa jeszcze przed Olkuszem aż do początku miasta Dąbrowa Górnicza – nie uważam, że powinna ulec modyfikacji, ale trudna jest zwłaszcza nawierzchnia na rower, ja nie złapałem dętki ale na takie odcinki czasami na tym dystansie, gdzie były dziury sporych rozmiarów złapanie dętki nie było by w tym nic nadzwyczajnego, że tak by się stało nie biorąc pod uwagę, że było multum ogromnych dziur, które mogły by zwalić rowerzystę z roweru. Może też bym się tym tak nie przejmował, gdybym nie podróżował sam, ale jak jest człowiek w szczerym polu to późnej ma też uczucia mieszane …jakby a gdyby… ale na szczęście z Bożą pomocą dojechałem do końca z czego się ogromnie cieszę, że dałem radę.

W przyszłym roku chcę iść do Hiszpanii z Porto, zobaczymy czas pokaże żeby tylko zdrowie dopisało ale to już pieszo. A w Polsce z Gidle chciałem przejechać trasę na rowerze do Raciborza rowerem, zobaczymy co będzie pierwsze pozdrawiam i przepraszam za niedociągnięcia i błędy, jest późno już dziś jak piszę a jeszcze dzieci mamy trójkę i trzeba było ich położyć spać.

Buen camino

 

Piotr Michał

Beskidzka Droga św. Jakuba

Trasa: Rychwałd – Szczyrk 25 km/1 dzień

 

Dróg św. Jakuba szukam także w pobliżu mojego miejsca zamieszkania. Mam to szczęście, że w najbliższej okolicy biegną dwie: Małopolska i Beskidzka Droga św. Jakuba. W ostatnim tygodniu wybrałam tą drugą, miałam wolny 1 dzień:) Przyjechałam pociągiem do Żywca, stąd busem podjechałam do Rychwałdu. Tutaj zaczęłam pierwsze moje spotkanie z Beskidzką Drogą. Ale jakże by nie zacząć od odwiedzenia Bazyliki Sanktuarium Matki Bożej Rychwałdzkiej. W ołtarzu głównym wisi bizantyjska ikona na lipowej desce, przedstawiająca Matkę Bożą z Dzieciątkiem Jezus na złotym tle, którą w 1658 roku uznano za cudowną i dwukrotnie koronowano – w 1817 i w 1965 roku.

Wychodzę i szukam pierwszego oznakowania trasy, po chwili docieram do wyblakłej muszli namalowanej na drzewie, aby kilka metrów dalej dostrzec nowe oznakowanie. To biała muszla z czerwonym mieczokrzyżem na niebieskim tle, dodatkowo zmiany kierunku wyznaczają żółte strzałki. Radość wielka – znowu idę moim Camino:) Szlak prowadzi kilka kilometrów wzdłuż drogi bez pobocza, to jest minus, trzeba uważać, dopiero na rogatkach Żywca prowadzi chodnikiem, a ruch jest spory. Za to rozpościerająca się panorama na Kotlinę Żywiecką, rozproszone zabudowania i wioski, na Beskid Żywiecki, Śląski i Mały…co chwilę przystawałam i napawałam się tym widokiem pragnąc zamknąć go w mojej głowie. Dochodzę do Żywca, miasto tętni sobotnim życiem. Dłuższą chwilę zatrzymuję się na Rynku, przypominam sobie historię miasta z nadanymi w 1327 r. prawami miejskimi, panowanie polskich rodów, w tym Komorowskich i Habsburgów, zabór austriacki, założenie w 1856 r. browaru przez Karola Habsburga, okupację niemiecką podczas II wojny światowej i włączenie do III Rzeszy jako Saybusch, późniejszy powrót do Polski. Często bywam w pięknym w parku zamkowym, gdzie można spacerować, odwiedzić muzeum lub usiąść na ławce z Alicją Habsburg. Idę dalej, droga prowadzi przez Sołę długim mostem, z którego gdy się odwracam widzę miasto… Żywiec zostawiam już za sobą. Dochodząc do ronda chwilę się waham, nie widzę oznakowań, patrzę w mapę cyfrową, ale widzę za chwilę, że mogłam baczniej się rozglądać:) Idę zachodnią częścią Żywca, dzielnicą Podlesie wzdłuż potoku Żarnówka. Cały czas droga idealnie oznakowana, tutaj nie można się zgubić. Piękne, rozległe, pagórkowate tereny, z każdego mini szczytu zachwyt nad tym, co rozpościera się przed moimi oczami. Dochodzę do Pietrzykowic, kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa znajduje się niejako na przegibku. Schodzę w dół, po prawej stronie w oddali widzę taflę jeziora Żywieckiego, dochodzę do szkoły, po chwili gdy jestem już na wzniesieniu znowu zachwyt! Mieszkam tak niedaleko i nie znałam tych miejsc? Jak to jest możliwe?:) Kalna to kolejna miejscowość na mojej dzisiejszej drodze i miła niespodzianka przy kościele pw. św. Antoniego – duża tablica z mapami/informacjami/zdjęciami z Beskidzkiej Drogi św. Jakuba:) W Godziszce kolejne miłe zaskoczenie, do tej pory szlak to tylko asfalt i chodniki, tutaj zamienia się w drogę szutrową, by po chwili wejść w las, w góry, droga prowadzi wschodnim stokiem masywu Skrzycznego. Wspaniały fragment szlaku! I w końcu Szczyrk, gdzie wypatrywał mnie już św. Jakub w swoim sanktuarium. Wielka jego postać wita każdego przed ogrodzeniem świątyni, by w środku, przy ołtarzu zachwycić swoim góralskim ubiorem. Wzruszenie jak zawsze, radość, wdzięczność… Busem wróciłam do Bielska-Białej.

Moje świadectwo napisałam po to, aby pokazać, że nie zawsze trzeba wielkich wypraw, dużych odległości, wielu dni urlopu…że warto patrzeć na mapę, szukać Jakubowego szlaku nieopodal siebie…

Olimpia

Na Camino zrozumiałem wagę i moc trzech – dla wielu ludzi oczywistych – słów. Te słowa do dziś mi towarzyszą i pozwalają lepiej znosić przeciwności losu, a w pewnym sensie – lepiej żyć.

To akceptacja, wdzięczność i uważność. Akceptacja drogi, niezależnie od tego, co na niej napotykamy. Wdzięczność za to, co się ma, za to, że w ogóle się żyje, bo to wielki dar. Często pragniemy tego, czego nie posiadamy, nie dostrzegając tego, co mamy. Uważność natomiast pozwala przeżywać życie tu i teraz. Staram się poświęcać tym słowom przynajmniej pięć minut dziennie, a to pomaga mi radzić sobie w każdej sytuacji.

Drugą rzeczą, którą zrozumiałem, było znaczenie powiedzenia „człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi”. Przed podróżą miałem mylne wyobrażenie o tej pielgrzymce. Czytałem książki, m.in. Paulo Coelho, oglądałem filmy, robiłem ćwiczenia ignacjańskie (forma duchowych rekolekcji opracowana przez św. Ignacego Loyolę, polegająca na modlitwie i medytacji – PAP). Wydawało mi się, że będzie to droga pełna cudów, w czasie której będą do mnie przemawiać aniołowie. A okazała się zupełnie inna. To była bardzo trudna wyprawa. Zamiast budować moją wiarę, ta droga najpierw mnie zdekonstruowała, rozsypała w proch. Wróciłem z niej rozbity. To oczywiście wiąże się z akceptacją i uważnością.

Trzecim nabytkiem było uświadomienie sobie, że Boga powinniśmy szukać przede wszystkim w sobie, a nie wyłącznie na zewnątrz. Kiedyś wydawałoby mi się to świętokradztwem. Jak to? Nie w kościele? Nie w Biblii? Oczywiście, Bóg jest tam też, ale najważniejsze, żebyśmy mieli Go w nas samych. To nieważne, że po wyprawie Bóg nie jest już tak obecny na co dzień w naszej pamięci operacyjnej. On zostaje w naszej podświadomości i w jakimś sensie kieruje naszym życiem.

Żródło: ttps://dzieje.pl/wiadomosci/marek-kaminski-o-pielgrzymowaniu-kilometry-sa-po-zagubic-sie-upasc-i-odnalezc-nowego

Marek Kamińskipodróżnik